środa, 9 sierpnia 2017

Podsumowanie lipca






Kolejne podsumowanie : czyli czym żyłam w lipcu.
Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to


ogóry.



Cały miesiąc, z drobnymi przerwami na różne inne atrakcje kisiłam ogórki.
Cała nasza rodzina wybitnie kiszonkowa więc sporo zapasów trzeba zrobić.
Nie powiem, chyba mam do tego rękę, bo ogóry znikają zanim się porządnie ukiszą, więc praca to syzyfowa dość. ;)



Oprócz ogórów, w pierwszej części miesiąca nadal królowały u nas truskawy i powiem Wam, że już z dziewczynami do nich tęsknimy. :(
Baj baj kaszubskie truskawki, widzimy się dopiero za roczek.
I obiecuję sobie, że przygotuję się lepiej i zamrożę ten najpiękniejszy kawałek lata na całą ponurą gdańską jesień i zimę.

Lipiec to też moja


pierwsza blogowa impreza See Bloggers w Gdyni ( z ludźmi-smartfonami! :))



Mam mnóstwo po niej przemyśleń, od ogólnie społecznych po prawdziwie blogerskie.
haha
I mocne postanowienie zrobienia porządków na moim blogu.
Znów marzy mi się powrót do pierwotnej koncepcji czyli podziału wpisów na  ścisłe bloki treściowe :
- design/wnętrza
- lifestyle ( czyli "o dupie Maryni")
- edukacja
Design, to moja praca ( i pasja), Lifestyle, bo myśli się tyle w tym łbie kłębi, a mało kto chce mnie w domu słuchać :), a Edukacja, bo są dzieciary, które  człowiek wychowuje ( i  chcąc nie chcąc edukuje, poza tym bardzo lubię tworzyć różnego typu materiały edukacyjne i to też moja pasja :)).
Z See Bloggers wyniosłam jeszcze jedną tajemną naukę, warto było pojechać by ją usłyszeć:


pisz/kręć filmy z pasją  - byle regularnie. :).



To też moja bolączka, nad która chciałabym/planuję/mam zamiar/usiłuję popracować.

Lipiec to w końcu ważna dla nas rocznica.
Rok temu w lipcu wróciliśmy z naszej emigracyjnej tułaczki.
I nadal się z tego bardzo cieszymy.
I nadal czujemy, że



wróciliśmy do domu.










I pomimo różnych pytań i twierdzeń zasłyszanych od bliższej i dalszej rodziny : "po co wróciliście?", " nigdy bym nie wrócił, gdybym już wyjechał", " tyle rodzin wyjeżdża i nikt nie wraca i wszystkim dobrze", "posiedzicie w tym syfie 2, 3 lata i znów wyjedziecie.." nadal uważamy, że to była bardzo dobra decyzja.

Ten rok w Polsce był dla nas bardzo intensywny, bardzo twórczy i rozwijający, szczególnie dla dziewczyn.





Świat Beksińskich o którym pisałam TU i TU mocno mnie już zmęczył, a dzienniki Zdzisława wydały mi się ostatecznie zbyt monotonne..
Człowiek miał ciekawą, silną osobowość, niebanalne poglądy a swoje ostatnie dzienniki sprowadził niemal do przeglądu zjawisk meteorologicznych ówczesnej Warszawy i spisu starczych dolegliwości i tak lepsze to niż katalog chorób wenerycznych Gombrowicza, ale jednak trochę mnie zmęczyło.

W lipcu czytałam różne rzeczy, ale szczególnie zapamiętałam jedną książkę:






"Drach" Szczepana Twardocha

Nie znam wcześniejszych powieści tego autora, właściwie to planowałam przeczytać "Morfinę", ale wpadł mi w ręce ,"Drach". 
I bardzo dobrze!
Głównym bohaterem i jednocześnie wszechwiedzącym narratorem jest tu właśnie tytułowy Drach.
Czyli?
Dla mnie Śląska ziemia.
Śląska ziemia, która niejedno widziała i niejedno słyszała i nie jedno przeżyła, a w powieści Twardocha "opowiada"  nam o losach kilku pokoleń swoich dzieci.

Jest to niezwykle ciekawa perspektywa, bo jakby... totalna. Narrator mówi nam o losach konkretnych ludzi, mając wiedzę na temat tego co było przed nimi i co będzie po nich.

Wszystko to razem sprawia wrażenie, że uczestniczymy w czymś na kształt greckiej tragedii. Cokolwiek nie uczyniliby bohaterowie opowieści ich koniec będzie taki sam..:) Staną się Drachem...

Urzekła mnie ta opowieść i naprawdę nie byłam w stanie się od niej oderwać póki nie zobaczyłam ostatniej kartki..
Tym bardziej, że zdarza mi się często (chodząc po Gdańsku) myśleć podobnie..
Zastanawiam się jak wyglądało to miasto 100, 200 i 300 lat temu, kto mieszkał w tym miejscu w którym obecnie mieszkamy i nie raz nie dwa myślałam sobie, że fajnie byłoby skonstruować taką opowieść z punktu widzenia np. Bazyliki Mariackiej.. Bo czego ona nie widziała, czego nie była niemym świadkiem..:)



11 komentarzy:

  1. Odniose sie do truskawek. Są tak dobre mrożone przez cały rok, że nie masz czego żałować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam. Mrozonki są super❤️

      Usuń
    2. No tak tak, tylko właśnie ich nie zrobiłam :( bo pożeraliśmy na bieżąco niemal wszystko i narobiłam kompotów sporo, bo dziewczyny lubią. Za rok planuję zamrozić kilkanaście kilo truskaw (no i zależy mi żeby były z w miarę pewnego źródła, także na mrożonki z marketów patrzę z nieufnością.. :)

      Usuń
  2. Ogórki uwielbiam, zwłaszcza małosolne, ale nigdy nie zdarzyło mi się robić ich samodzielnie! Wasze na pewno były pyszne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo żałuję, że nie udało mi się wziąć udziału w tym see blogers. Niestety za późno zorientowałam się,że jest taka impreza. Mam nadzieje, że następnym razem uda mi się dotrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas kiszone ogórki rzadko kiedy są w stanie dotrwać do zimy 🙂 Znikają wkrótce póz robieniu, a że nie robię dużo, to wspomagam się tym, co zrobiła Mama🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie, widzę że mamy podobny problem ;)

      Usuń
  5. Ja też kisiłam, ale mi się ogóry popsuły. :( Za to ususzyłam truskawki i to było najlepsze co mogłam z nimi zrobić. Smakują jak te pudrowe cukierki. W przyszłym roku zrobię jeszcze więcej.
    Co do mieszkania w Polsce - mój mąż mówi, że to najlepszy kraj do mieszkania, a ja się z nim zgadzam. :) Co z tego, że w Niemczech można się więcej zarobić - obecnie w Polsce da się żyć na poziomie jak najbardziej wystarczającym, wcale nie w syfie, a przynajmniej jest się u siebie, z naszą piękna kulturą, przyrodą i z ludźmi którzy nie są obcy i mówią po polsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ogórkami tak niestety jest..A miałaś z pewnego źródła ? To podobno istotne. A truskawki suszone - na to nie wpadłam. Dziewczyny byłyby zachwycone, bo niestety uwielbiają pudrowe cukierki :) Spróbuję za rok.
      A co do Polski to najbardziej istotne prócz tego co wymieniłaś ( czyli kultury, poczucia przynależności itp.)jest to, że nikt nam w Polsce nie mówi, że nie jesteśmy u siebie. ( Prócz tej rodzinki, która pytała dlaczego, a właściwie "po co " przyjechaliśmy hehe).Co z tego że masz powiedzmy fajną pracę, nieźle zarabiasz całkiem sympatyczne towarzystwo, nawet fajnego pracodawcę (autochtona),ale zawsze znajdzie się jakiś "miły" inaczej sprzedawca, sąsiad, kolega w klasie Twojego dziecka który w kilku dosadnych słowach objaśni Ci co naprawdę myślą Niemcy na temat emigrantów. ;)Oczywiście możesz to obśmiać i udawać, że Ciebie nie dotyczy przecież znasz swoją wartość i wiesz kim jesteś. Gorzej jak masz dzieci i boli Cię jak ktoś je źle potraktuje i trudniej im wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. No i to w nich niestety zostaje :(

      Usuń